Powody

2007-08-10, 14:54:13

Powody

Co ma wlaściwie mieć RP z tego, że tworzy sztuczne przeszkody administracyjne by utrudnić, jak się tylko da, zrzekanie się obywatelstwa polskiego na własny wniosek, na co Konstytucja RP pozwala, a niektórzy polscy emigranci z własnych osobistych powodów chcieliby uczynić?

Zainspirowany przez p. Michała Tyrpę zadałem to pytanie. Jak mi się naiwnie wydawało, rzeczowe. Jak mi sie jeszcze naiwniej wydawało – w celu uzyskania odpowiedzi.

Powody są różne. Zasadniczo nikomu nic do tego, bo to prywatne decyzje, ale z przyczyn ogólnoedukacyjnych wyliczę trzy najpopularniejsze powody:

Niektórzy Polacy natrafiaja na sytuację, kiedy przy ktorymś kolejnym awansie w kraju stałego zamieszkania i obywatelstwa zaczyna wchodzić w grę praca na stanowisku, na ktorym posiadanie innego (w tym wypadku polskiego) obywatelstwa jest źle widziane z przyczyn zwiazanych z przepisami bezpieczeństwa chroniącymi informację niejawną. W niektórych krajach (np. w USA) nie ma na takich stanowiskach negatywnych konsekwencji jednoczesnego posiadania obywatelstwa miejscowego i polskiego, ale kategorycznie nie wolno mieć innego niż miejscowy paszportu. Powód jest taki, że podróże zagraniczne osób na tego rodzaju posadach muszą być całkowicie przezroczyste dla miejscowych służb, a posiadanie ważnego paszportu innego państwa umożliwia podróże w krajach trzecich, o których amerykańskie służby mogłyby nie wiedzieć, albo dowiedzieć się dopiero po fakcie. W innych krajach, na niektórych stanowiskach wymagane jest posiadanie obywatelstwa wyłącznie miejscowego. Nie jest to jakaś szczególnie egzotyczna fanaberia – w Polsce można być zawodowym oficerem, wyższym urzędnikiem ministerialnym, pracownikiem AW/ABW/CBA, projektantem uzbrojenia etc. wyłącznie wtedy, kiedy posiada się obywatelstwo wyłącznie polskie. W każdym kraju istnieje też ekwiwalent amerykańskiej dodatkowej klauzuli tajności dokumentów NOFORN, (‘no foreigners’), czyli ‘dostęp wyłącznie dla własnych obywateli’. W każdym razie, Polak mieszkajacy stale za granicą i tam naturalizowany, czasem natrafia na te kwestie w pracy. Nie jest bowiem prawdą, że wszyscy Polacy pracują przy zmywaku. Zresztą są zmywaki i zmywaki – w biurze konstrukcyjnym pociskow rakietowych firmy Lockheed Martin, certyfikat bezpieczeństwa wysokiego stopnia jest wymagany między innymi od sprzątaczek opróżniających kosze na śmieci.

Inni Polacy chcieliby raz na zawsze wyzwolić się od potencjalnej możliwości głupich dyskusji ze znudzonymi, ale uskrzydlonymi władzą podoficerami Straży Granicznej na Okęciu, na temat “tysiąc koni przepuszczamy, a jednego zatrzymamy”, albo “ile paszportów mieści się na główce od szpilki”.

Jeszcze inni Polacy mieszkający za oceanami po prostu nie mają już więcej siły, czasu albo ochoty aby wydzierać każdy swój kolejny paszport polski z gardła maksymalnie nieżyczliwej petentowi biurokracji konsularnej MSZ RP, w procesie trwającym miesiące i atrakcyjnym jak poród kleszczowy, z procedurą za każdym kolejnym paszportem bardziej skomplikowaną, kosztowną, bizantyjska i upierdliwą. Wyrobienie nowego 10-letniego paszportu polskiego poprzez Konsulat Generalny RP w Sydney trwa 8-12 miesięcy, co prawdopodobnie stanowi rekord świata w konkurencji ‘ogólna niemożność’. Roczny paszport tymczasowy można tam dostać prawie od razu, ale tylko pod warunkiem złozenia wniosku o paszport 10-letni – z kompletem wszystkich wymaganych załączników. Do tych załącznikow zalicza się między innymi pełna urzędowa historia stanu cywilnego całej rodziny (śluby, zgony, rozwody, narodziny dzieci, detale współmałżonka) udokumentowana papierami, ale tylko papierami z polskich USC, bo wszystkie inne dokumenty stanu cywilnego na świecie są niedobre. Te polskie papiery petent, stale mieszkający na drugim koncu świata, ma na własny koszt sprokurować sobie z Polski, co trwa wiele miesięcy i kosztuje od kilkuset dolarów do nieskończoności. Jeśli kto wyemigrował przed pełnym wprowadzeniem w kraju numerów PESEL, to przy okazji ma także i taki numer sobie z Polski sprowadzić, nie licząc się z czasem, kosztem i obstrukcją oszalałych z podejrzliwości urzędów. Po informację, co właściwie należy ze sobą w zębach przynieść do konsulatu, należy się w Sydney pofatygować całkiem osobno, ponieważ konsulat polski tradycyjnie nie odbiera telefonów w godzinach urzędowania.

W każdym razie, dość na tym, że Polak zamieszkały stale a granicą niekiedy dochodzi do wniosku, że chce się zrzec obywatelstwa polskiego. Po czym w krótkim czasie odkrywa, że stopień urzędniczej emocji i wymyślnej obstrukcji administracyjnej jaki otacza tą skądinąd banalną procedurę jest taki, jakby chodziło o wykonanie wyroku śmierci przez powieszenie na zdrajcy. Albo przynajmniej kary chłosty, żeby kandydat na dezertera sobie popamiętał.

Skąd ta cała emocja, to operowe wysokie C? Tego nie chwytam. Na oko, pozornie, rzecz jest prosta:

Zrzeka się – prawo mu pozwala, jego sprawa, obywatel nie jest własnością państwa.

Nie zrzeka się – tyż piknie, prawo mu pozwala, jego sprawa, obywatel nie jest własnością państwa.

Tyle teoria. Bo w praktyce, rzecz wygląda zupełnie tak, jakby polski urzędnik uważał za osobistą zniewage i obelgę, że gdziekolwiek w świecie obywatel polski może istnieć i funkcjonować całkowicie niezależnie od Polski i jej klasy urzędniczej. A już zupełna palma odbija temu urzędnikowi, kiedy taki niezależny obywatel stale zamieszkały za granicą pragnie sformalizować prawnie dawno już faktycznie istniejący stan swojej niezależności od Polski, poprzez zrzeczenie się obywatelstwa.

W tej sytuacji, polski emigrant mieszkajacy za granicą od 20-30 lat, zintegrowany tam lub zasymilowany, obywatel innego państwa, pragnący uporządkować swój status prawny, budzi się gwałtownie z ręką w nocniku w chwili kiedy otrzymuje od polskiej klasy dyplomatyczno-urzędniczej polecenie przeczołgania się po wymyślnym i kosztownym torze przeszkód, tak zaprojektowanym, żeby mu jak najwięcej czasu i pieniędzy zmarnować, a nade wszystko POKAZAĆ, jak nikczemnym postępkiem jest zamierzona rezygnacja z obywatelstwa.

Na końcu tego toru ma sie znajdować – albo nie – osobista zgoda Prezydenta RP na zrzeczenie, wydawana w takim samym trybie jak ułaskawienie skazańca albo nadanie orderu – jako osobista, suwerenna decyzja głowy państwa, nie podlegająca żadnej apelacji ani zaskarżeniu do żadnego sądu.

Zapytalem o to wszystko w Salonie, grzecznie i uprzejmie. W odpowiedzi dowiedziałem się:

że tak samo jest wszędzie, a w USA nawet jeszcze gorzej;

że jeśli uważam, że u mnie w Australii tak nie jest, to kłamię, bo rodak z USA ma w Australii znajomych i wie lepiej, zaś ja g… wiem o Australii pomimo założenia tu rodziny, posiadania obywatelstwa od dobrze ponad 20 lat, i mieszkania tutaj od 25 lat; nawet jeśli myślę że wiem, to nie wiem, a tylko mi się wydaje, rzecz prosta błędnie;

że w Niemczech murzynów (Polaków, Turków etc. – niepotrzebne skreślić) biją;

że emigranci mają nie rezonować, tylko wracać i wstępować do PiS;

i że nie będzie Niemiec pluł nam w twarz.

No i na cholerę mi było o cokolwiek pytać? I co właściwie Niemcy, gdzie nigdy nie byłem, mają do tego wszystkiego? Powinienem był przewidzieć, że dyskusja według tej definicji dyskusji jakiej ja na codzień używam od 25 lat, a dyskusja z rodakami, to są dwie różne rzeczy.

No, ale w końcu sam się w to wpakowałem, słowami Moliera: Tu l’as voulu, George Dandin (“sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało”), więc się nie bedę żalił..

Nie ma wszakże tego złego co by na dobre nie wyszło. Przynajmniej mam jeszcze jaśniejszy pogląd, niż miałem do tej pory, na temat ‘dlaczego chciałbym się zrzec obywatelstwa polskiego’. Najchętniej jutro, chyba że Pan Prezydent zdąży podpisać decyzję jeszcze dziś przed kolacją. Mianowicie, pomimo dystansu geograficznego, czuję się raczej nieswojo jako współobywatel niektórych moich interlokutorów.

Zostańcie z Bogiem, chłopaki, życzę wam szczęścia i wielu sukcesów, ale my się już chyba nie zrozumiemy. Coraz mniej widzę powodów, żeby dalej ciągać za sobą smycz waszego państwa, przypiętą do mojej obroży na kłódkę, do której nie chcecie mi dać klucza z powodu ‘nie, bo nie’.

PS. Różni obywatele różnie dochodzą do tego stadium, w którym najpierw po cichu myślą, a potem głośno mówią “Dość tego!” Na przyklad tak:

—-

Pan Lech Kaczyński

Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej

Warszawa

Szanowny Panie Prezydencie,

31 lipca 2007 roku zakończył swoją misję w Ambasadzie RP w Australii ambasador nadzwyczajny i pełnomocny Rzeczypospolitej Polskiej Jerzy Więcław, absolwent kierunku nauk politycznych w Moskiewskim Państwowym Instytucie Stosunków Międzynarodowych (MGIMO) 1968-1973.

Ambasador Więcław, zwerbowany przez nieznanych sprawców w 1968 roku jako 19-letni student I roku prawa, skierowany został w tym samym roku przez równie nieznanych sprawców na 5-letnie studia magisterskie w MGIMO, elitarnej zamkniętej radzieckiej uczelni partyjnej, kuźni kadr MSZ ZSRR i Zarządu I KGB (radziecki cywilny wywiad zagraniczny, dziś SWR, Służba Wnieszniej Razwiedki). W Polsce ukończył Podyplomowe Studium Służby Zagranicznej w Wyższej Szkole Nauk Społecznych przy KC PZPR w Warszawie (1979-1980).

Wyszkolony
przez Rosjan jako specjalista do spraw Finlandii, włącznie z opanowaniem notorycznie trudnego języka fińskiego, amb. Więcław spędził 9 z 16 lat swojej kariery dyplomatycznej w PRL w Helsinkach, na stanowiskach od attache do I sekretarza ambasady PRL. Co tam robił, ja się domyślam, a pan może się łatwo dowiedzieć.

Pomimo moralnej odnowy państwa, ambasador nie został z Australii odwołany, lecz planowo zakończył swoją misję w tutejszej placowce dyplomatycznej RP. MSZ w Warszawie z czasem przyśle nam jego nastepcę. Miejmy nadzieję, że mniej zasłużonego dla sprawy komunizmu.

Zapoznawszy się dopiero niedawno z oficjalnym życiorysem
amb. Więcława opublikowanym
przez ambasadę RP w Australii, stanowczo nie życzę sobie pozostać współobywatelem kombatanta-ochotnika komunistycznego ‘cichego frontu’, komunisty z radzieckiej spec-uczelni. Człowieka, który po pięcioletnim moskiewskim szkoleniu przez kilkanaście lat czynił, co mógł, by utrzymać dominację radziecką nad Europą Środkową i Wschodnią i zapobiec odzyskaniu niepodległości przez Polskę, a następnie otrzymał za to w wolnej Polsce awans do rangi ambasadora. Obecnie otrzyma zapewne albo kolejny awans w MSZ, albo luksusową emeryturę z budżetu państwa. Nie chcę być współobywatelem osób, które już w suwerennej Rzeczypopolitej wysłały tego człowieka do kraju, w którym mieszkam, jako ambasadora wolnej Polski. Nie chcę być współobywatelem ludzi, którzy już podczas pańskiej kadencji, panie Prezydencie, nie widzieli powodu, by amb. Więclawa z australijskiej placówki odwołać.

Nie jest mi obce pojęcie realizmu i pragmatyzmu politycznego.
Nie zgadzam się jednak na całkowite wyrugowanie z życia publicznego mojego kraju urodzenia pojęcia ładu moralnego, oraz na zredukowanie do zera elementarnych zasad przyzwoitości w tymże życiu publicznym.

Z wyłożonych powyżej powodów, zwracam się do Pana Prezydenta z prośbą o wyrażenie przewidzianej w Artykule 137 Konstytucji RP zgody na zrzeczenie się przeze mnie obywatelstwa polskiego. List niniejszy proszę traktować jako oświadczenie woli zrzeczenia się obywatelstwa polskiego. O ile specsłużby RP są cokolwiek warte, będą potrafiły mnie znaleźć, by doręczyć mi przewidzianą polskim prawem decyzję Pana Prezydenta na piśmie.


Pozostaję z należytym szacunkiem


Stary Wiarus

Sydney, 10 sierpnia 2007 r.

komentarze (5)

Przyłącz się do dyskusji i dodaj Swój własny komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s