I. ICH HAB‘ NOCH EINEN KOFFER IM BERLIN (2)

Poprzedni odcinek

Nie wszyscy berlińczycy lubią Kufurstendamm. W każdym razie, niektórzy Berlińczycy niekiedy jej nie lubią. Młody oficer w galowym mundurze Abwehry, na przykład, miał szczególne powody, żeby właśnie tego dnia nie lubić jej szczególnie silnie. Pośród obfitości państwowych urzędów przy Kufurstendamm znajdowała się również Kancelaria Rzeszy, do której został wezwany w trybie pilnym w sposób dość obcesowy: natarczywy dzwonek do drzwi zerwał go o piątej rano, a posłaniec o surowym wyglądzie przepytał go ze znajomości danych osobowych, po czym wręczył tabakową kopertę zaadresowaną na jego imię i nazwisko. Hologram z literami KRZ nie pozostawiał żadnych wątpliwości co do nadawcy. W środku koperty znajdowało się urzędowe pismo, które oficer, stojący w pośpiesznie narzuconej na pidżamę bluzie munduru, uważnie przestudiował. Skutkiem tych studiów nabył wiedzę o tym, że musi stawić się osobiście w Kancelarii, w gabinecie samego Reichsleitera Martina Bormanna, o godzinie dwunastej piętnaście. Nie był tchórzem, jednak wizyty na tak wysokim szczeblu nie przytrafiają się często oficerom Abwehry w stopniu kapitana, choćby nawet byli pupilami samego admirała Canarisa, dlatego też, mimo usilnych prób rozluźnienia się, pozostawał spięty, a przez głowę przelatywały mu najprzeróżniejsze przypuszczenia. Ciągle miał jeszcze sporo czasu. Nie za bardzo mógł usiedzieć w domu, wyszedł więc o dziesiątej, dużo za wcześnie. Szedł wolno, jak człowiek na urlopie, starając się zapanować nad lękiem. Przyglądał się ciekawie sklepowym wystawom, bo pozwalało mu to na chwilę zapomnieć o niefortunnym położeniu, w którym się znalazł. Najdłużej stał przed sklepem z galanterią, w oknie wystawowym którego stał przezabawny ręcznie malowany karuzel – eksponat chyba z ubiegłego wieku. Drewniane koniki obracały się na wysięgnikach płynnym ruchem to wzbijając się ponad wysokość słupa, to opadając kopytami niemalże do samego podłoża. Kiedy się tak przyglądał falującemu ruchowi zabawki, jego twarz o słowiańskiej urodzie (która sprawiała mu trochę kłopotu w szkole oficerskiej i nie pomagała w awansie, choć ten typ antropologiczny – blondyna o bujnej czuprynie i miękkich rysach twarzy – spotykało się nierzadko w Prusach, gdzie się urodził), przybrała wyraz dziecięcego nieomal zachwytu. Oczarowanie wnet jednak znikło z jego oblicza, przełamane cieniem smutku. Młody oficer zasępił się przypominając sobie znów o celu swojej pielgrzymki. Hans Kloss, bo tak nazywał się ten młody oficer Abwehry, z trudem oderwał wzrok od sklepowej wystawy i gotując się na najgorsze ruszył na spotkanie ze swoim przeznaczeniem. Spojrzał na zegarek – było tuż przed dwunastą – i odruchowo wygładził mundur poprawiając położenie baretek odznaczeń. Kloss wiedział, że jego służba nie należy do najbezpieczniejszych na świecie. Nie był naiwny, miał jasną świadomość, że wcześniej czy później go dopadną, choćby nie wiadomo jak precyzyjnie zacierał za sobą ślady, kluczył, gubił ogony chłopców z Gestapo, choćby nie wiadomo jak bardzo starał się być sprytny. Poza tym nie miał dobrego dnia. Za dużo wypił poprzedniego wieczoru i męczący kac pozbawiał go resztek kurażu.

Budynek Kancelarii Rzeszy był niewielkim pałacykiem położonym pomiędzy olbrzymimi gmaszyskami Deutsche Volks Bank i Ambasady Tobago. Proporcje były tu zresztą dosyć mylące. Bo to właśnie w tym małym, niepozornym pałacyku, zbudowanym w XIX wieku dzięki składkom społecznym, mieściło się serce tysiącletniej Rzeszy. Kloss pchnął kutą bramę, a ta otworzyła się z efekciarskim skrzypieniem. W pomalowanej w biało-czerwone pasy budce wartowniczej stojącej tuz za nią, pod rozłożystymi gałęziami platana, nie było nikogo. Ten stary wybieg gestapo miał na celu uśpienie czujności ewentualnych zamachowców. Kloss nie był głupi, znał życie i wiedział, że jest obserwowany i to obserwowany bacznie. Gałęzie wielkiego drzewa naszpikowane były funkcjonariuszami różnych służb, wśród których gestapowcy mogli uchodzić za wzór angielskim dżentelmenom. Czytywał nie jeden raz raporty o wypadkach przy pracy, kiedy to nadgorliwość funkcjonariuszy wywoływała niestandardowe przeciążenia konarów, które łamały się z trzaskiem. Funkcjonariusze lądowali na bruku, pociągając jeden drugiego, co powodowało wśród nieuważnych liczne obrażenia, otarcia, złamania i guzy, a owe raporty to skrzętnie odnotowywały.

Aby nie dać po sobie poznać, jak bardzo jest spięty, zdjął rękawiczki i przewiesił je nonszalancko przez pasek munduru. Wypadło naturalnie i był ze swojego aktorskiego gestu bardzo zadowolony – zaprezentował się wszak jak powinien – jak młody, zaangażowany w swoją pracę oficer, który wręcz cieszy się, że może zdać osobistą relację z przebiegu swojej nienagannej służby. Wbiegł po schodach i energicznie zastukał kołatką w kształcie łba wielkiego płaskiego robaka. Drzwi otworzyły się natychmiast – ktoś przez cały czas czujnie obserwował go przez judasza. Ten ktoś, stojący za drzwiami, wyglądał na sprzątaczkę, ale Kloss wiedział, że pozory mylą; niemłoda kobieta należała do elitarnej żeńskiej jednostki obsługi Kancelarii Rzeszy. Kobiety te potrafiły, będąc nieuzbrojonymi, ubrane jedynie w nocną koszulę i bambosze, wysadzić w powietrze ciężki sowiecki czołg KV-1, stąd zresztą wzięło się popularne określenie “kobieta – dynamit”.

– Czego? – warknęła ujawniając poważne braki w uzębieniu.

– Kapitan Hans Kloss z Abwehry – przedstawił się salutując – Dostałem wezwanie – opanowanym ruchem wyjął z kieszeni na piersi lekko pomiętą kartkę i podsunął ją przed owiniętą kraciastą chustą twarz.

– Hans Kloss – przeczytała kobieta dzieląc jego imię i nazwisko na sylaby, czyli nie dzieląc ich wcale – Poproszę pana o dokumenty! Czujny wzrok, wyspecjalizowany w tego rodzaju badaniach porównał twarz oficera z legitymacyjnym zdjęciem.

– Niech wejdzie – rzuciła, co oznaczało, że badanie wypadło pozytywnie. Nie oglądając się za siebie, gdyż wiedział, czym to może grozić, wbiegł po schodach i, jak mógł najzwinniej, otworzył drzwi do poczekalni a potem wśliznął się do środka. Nie tyle usiadł ile osunął się na kinowe krzesło stojące pośród innych kinowych krzeseł długim rzędem pod ścianą. Dopiero wtedy, w samotności, pozwolił emocjom zapanować nad sobą. Pociły mu się ręce. Pomimo wieloletnich ćwiczeń, pomimo tego, że należał do nielicznej grupy wybrańców, których nauczono w niemalże doskonałym stopniu panować wolą nad fizjologią, nie potrafił ograniczyć wydzielania się potu z własnych dłoni. Słone krople spływały na wywoskowany parkiet przedsionka Kancelarii Rzeszy tworząc początkowo małe plamy łączące się w większe plamy, które już wkrótce mogły utworzyć kałuże, te z kolei łatwo mogły połączyć się w rzeczułki działów wodnych, co groziło nieuchronnym powstaniem jezior, mórz i oceanów… Potrząsnął głową, jak gdyby chciał odpędzić od siebie dręczące go majaki.

– Ejże, Hans – mruknął do siebie – weźże się chłopie w garść – i tu spojrzał na swoje ociekające potem dłonie i dotarła do niego cała niedorzeczność ojczystego idiomu, który tak niespodziewanie przetłumaczył półgłosem na język Schillera. To mogło być groźne! Spojrzał w panice na obite skórą drzwi do kancelarii. Zdał sobie sprawę, że przestaje się kontrolować. Przez głowę przemknęła mu myśl, że oto kończy się jako zawodowiec, że prawdą jest to, co zawsze powtarzano mu na kursach, o ograniczonej wytrzymałości materiału na wciąż zwiększające się ciśnienie. Czuł, że za moment może się zupełnie rozsypać, rzucić ze szlochem na któregoś z funkcjonariuszy i mocząc łzami mundur na jego piersi wyznać prawdę, prosząc o łagodny wymiar kary. Opanował się z najwyższym trudem. Z górnej kieszeni munduru wyciągnął białą służbową chusteczkę do nosa oficera Abwehry, z pięknie wyhaftowaną srebrną nicią gapą ze swastyką w szponach, oraz monogramem w lewym dolnym rogu i starannie wytarł ręce. Po tym zabiegu chusteczka zrobiła się mokra jak wyeksploatowana szmata do podłogi. Na zgiętych nogach, kocimi ruchami, podbiegł do stojącego w rogu kubła na śmieci i wyżął ją. W pustym holu rozległ się głośny odgłos strumienia cieczy uderzającego o blaszane dno.

– Sikamy, Kloss, sikamy? – znajomy głos Brunnera tym razem sprawił mu nieomal fizyczny ból. Błyskawicznym ruchem schował nie do końca wyżętą chusteczkę do kieszeni starając się przybrać obojętny wyraz twarzy.

– Ty tu, Brunner? – nie udawał, szczerze się zdziwił.

– Ależ Hans – Brunner uśmiechnął się przyjaźnie, choć głos miał przytłumiony; widać, miejsce w którym się znajdowali, oddziaływało deprymująco nawet na niego – Najlepsi synowie Niemiec w sercu własnego państwa, cóż w tym dziwnego?

Kloss również uśmiechnął się w odpowiedzi a nawet odprężył

– Wiesz, Brunner, że nawet cię lubię, chyba z przyzwyczajenia.

– A powiedz mi Hans – Brunner zdjął swoją elegancką czapkę z trupią główką odsłaniając wysokie czoło oraz, spore już, zakola, po czym usiadł zakładając niedbale, jak to miał we zwyczaju, nogę na nogę – Czy masz jakąkolwiek ideę, jakiś pomysł, przypuszczenie, powiedzmy, jaki może być cel naszego, dość nagłego, przyznasz, wezwania?

“Ścierwo, łajno, wrzód i chlew” pomyślał Kloss po polsku, a głośno powiedział swoją perfekcyjną a przez to podejrzaną niemczyzną – Nie wiem, Brunner, nie wiem, nic nie przychodzi mi do głowy.

– Taa… westchnął Brunner obracając czapkę w dłoni; potem dość swobodnie wyciągnął nogi przed siebie, tak że oślepiająco błyszczące oficerki znalazły się na biegnącym środkiem holu wąskim dywaniku w swastyki i różowe słonie. Wbił swoje niezwykłe zielone oczy w sufit i nagle znieruchomiał, czujnie nasłuchując. Podobnie jak Kloss i z tej samej przyczyny. Usłyszeli bowiem obaj równy odgłos kroków człowieka energicznie wspinającego się po schodach. Wkrótce mosiężna klamka ugięła się ustępując zdecydowanemu naciskowi i w poczekalni pojawił się ten trzeci. W mundurze Wehrmachtu, wysoki, szczupły, w wieku dość nieokreślonym. Mógł mieć, no… czterdzieści pięć, ale równie dobrze pięćdziesiąt pięć lat. Miał nadzwyczaj długą głowę, co mogło być rezultatem nakręcenia postaci w wersji panoramicznej i sztucznego jej dostosowania do klasycznego planu opowiadania, to jest, circa, prostokąt o przekątnej dwadzieścia jeden cali, mogło też świadczyć o jakiejś przebytej w dzieciństwie chorobie. Ale równie dobrze mógł po prostu mieć taką głowę. Oferty – jak to się mówi – zderzają się z ludźmi przy okazji każdej promocji. Przybyły obrzucił obydwu siedzących uważnym spojrzeniem. Twarz jego długa miała regularne nordyckie rysy, silnie zarysowaną prostokątną żuchwę, nie wystające, broń Boże, choć widocznie rysujące się pod skórą kości policzkowe. Niebieskie oczy, dość duże, były wyblakłe, nieruchome i puste jak oczy pluszowego misia. Jednoznaczność jego nordyckiej fizys burzyły brwi; tatarskie, uniesione ku skroniom, które nadawały jego wyglądowi wyraz specyficznego napięcia i ciągłej gotowości do podejmowania wyzwań właściwy ludziom o niejasno okreslonych obowiązkach zawodowych. Lustrował ich bacznie przez długą chwilę zatrzymując swój beznamiętny wzrok na wpół wyschniętej kałuży, którą Kloss usiłował bez powodzenia przykryć podeszwami oficerek i, jak gdyby odgadując przebieg wydarzeń, wykrzywił twarz imitując uśmiech, po czym powoli zaczął zdejmować swoje lśniące, czarne rękawiczki z cielęcej skóry dając im czas, aby odczytali jego stopień wojskowy. Kloss i Brunner poderwali się, kiedy już odczytali, wyciągając w górę wyprostowane ramiona, gotowi do rutynowych życzeń dla Führera, ale major, a przybyły był właśnie majorem, powstrzymał ich niedbałym ruchem dłoni.

– Dajcie spokój koledzy – powiedział miękko głębokim barytonem – Myślę, że w tych okolicznościach, powinniśmy sobie darować ten pruski dryl. Podszedł do nich zdecydowanym krokiem wyciągając rękę

– Stirlitz – przedstawił się – Georg Stirlitz. Właściwie – uśmiechnął się subtelnie jakby lekko zawstydzony – Major piątej Armii Wehrmachtu Jürgen Georg Stirlitz. Buty stuknęły mu lekko zgodnie z obowiązującą soldatensztubą, kiedy odmieniał słowo „armia”. A wymawiał je z akcentem człowieka z północy. Tak przynajmniej wydawało się Klossowi. Brunner – jako jedyny w tym towarzystwie rodowity Niemiec, a ponadto najinteligentniejszy i bądźmy szczerzy – tak na podstawie pierwszego wrażenia – najsympatyczniejszy z całej trójki – z miejsca rozpoznał w nim sowieckiego szpiega.

– O! – uśmiechnął się mrużąc swe kocie oczy z permanentnym makijażem – pan porucznik prosto z frontu wschodniego?

– Tak – odparł Stirlitz rozsiadając się wygodnie obok Brunnera, co bardzo przypadło do gustu zestresowanemu Klossowi, a delikatnie (slightly) wkurzyło tego pierwszego – Prosto stamtąd – narysował ręką w powietrzu coś mocno nieokreślonego.

Tak przynajmniej wydawało się Klossowi. Brunner – jako jedyny w tym towarzystwie rodowity Niemiec, a ponadto najinteligentniejszy i bądźmy szczerzy – tak na podstawie pierwszego wrażenia – najsympatyczniejszy z całej trójki – z miejsca rozpoznał w naszkicowanym znaku skrót: „Smiersz”.

– I jak tam pogoda? – zapytał grzecznie Kloss, który, dla odmiany, był najlepiej ułożonym chłopcem w tym towarzystwie.

– Naprawdę… bardzo ładna o tej porze roku, panie kapitanie… babie lato przemyka nad łąkami, a one pokryte wrzosem, a tak fioletowym, tak słodko pachnącym, jak w żadnym innym kraju na świecie. Wrzosy rosną na wzgórzach; gdzieniegdzie w ariergardzie brzozowy lasek, ech, lasy takie tylko w matce Rosji, a w brzozowym lasku diedok grób sobie kopie, sam sobie z brzozy krzyż wystrugał, taki to rosyjski człowiek, dusza szeroka, nawet w godzinie śmierci nie chce nikomu sprawić kłopotu. Po wsiach rosyjskie dziewczęta ze szmat bawełnianych kręcą knoty do koktajli Mołotowa, a te, co bardziej wprawione, gestem jakby głaskały kota, wkręcają zapalniki do min przeciwpiechotnych. Oj! Jak nawet nogę urwie jakiemu żołnierzowi, to nie żal takiej nogi, skoro utracona z powodu takiej dziewczyny, a zresztą, pies z nogą, po co komu noga, a piękne te rosyjskie dziewczyny, rumiane… Ach, życie, życie… – Stirlitz rozmarzył się… Chlapnął by sobie ze szklanę samogonu, oj!

Tak przynajmniej wydawało się Klossowi. Brunner – jako jedyny w tym towarzystwie rodowity Niemiec, a ponadto najinteligentniejszy i bądźmy szczerzy – tak na podstawie pierwszego wrażenia – najsympatyczniejszy z całej trójki – z miejsca rozpoznał w zachowaniu Stirlitza próbę werbunku.

– Pan, panie poruczniku, zna rosyjski? – zapytał burząc budowany z trudem poetycki nastrój.

– Nie, a pan zna? – odparował Stirlitz sucho.

– Też nie, niestety, wydawało mi się tylko, że w swoją opowieść, skądinąd piękną, wplótł pan kilka rosyjskich słów…

– A skąd pan wie, że były rosyjskie, skoro, jak sam pan twierdzi, nie zna pan rosyjskiego?

– No fakt, może to były polskie słowa – pozornie potulnie zgodził się Brunner.

– Akurat! – wyrwało się Klossowi.

– Co, akurat? – zainteresował się Brunner – Hans, znasz polski?

– Ależ skąd! – oburzył się Kloss.

– To skąd wiesz, że to nie były polskie słowa?

– Bo wiem – uciął Kloss szorstko – My, w Abwehrze mamy swoje własne metody, o których wy – w SS – moglibyście tylko pomarzyć. Odwrócił głowę w stronę drzwi, bo jak go ktoś demaskował to się zawsze obrażał. Taki już był. Ale przez to chłopięce zachowanie zdemaskował się z kolei przed Stirlitzem, podtykając mu przed oczy swoją wygoloną potylicę. Dość powiedzieć, że Stirlitz w swojej karierze widział dziesiątki tysięcy takich potylic. Łbów na karku golonych, polskich łbów tępych, obrażalskich, bezczelnych i wyniosłych. On te łby oglądał z bliska i mógł o nich powiedzieć wszystko niemalże. Z dokładnością do kilku centymetrów mógł określić zasięg rażenia wystrzelonym polskim mózgiem i to zarówno dla strzałów oddanych z odległości pół metra, z dwudziestu pięciu centymetrów, z dziesięciu, tak zwanego podstawienia – …Ach, życie, życie… rozmarzył się Stirlitz. Chlapnął by sobie ze szklanę samogonu, oj!

Tak przynajmniej wydawało się Klossowi. Brunner – jako jedyny w tym towarzystwie rodowity Niemiec, a ponadto najinteligentniejszy i bądźmy szczerzy – tak na podstawie pierwszego wrażenia – najsympatyczniejszy z całej trójki – z miejsca rozpoznał w zachowaniu Stirlitza wyraz nieodpartego pragnienia zabójstwa obrażonego Klossa. Słowem, burdel robił się coraz większy i nie wiadomo, czym by się to wszystko skończyło, gdyby nie otworzyły się wielkie obite skórą drzwi Kancelarii Rzeszy, w których ze stukotem podkutych kopyt pojawili się rośli chłopcy w hełmach. Niczym dwie żywe kolumny ustawili się po obu stronach szeroko otwartych dębowych skrzydeł. Nagłymi, mechanicznymi ruchami wyjęli blaszane trąbki i zatrąbili, co sił w płucach: tratta ta! Cokolwiek byście nie powiedzieli złego o narodowym socjalizmie, to nie zaprzeczycie, że wszystkie gadżety mieli najwyższej próby! Jakby prosto od Armaniego!

spis treści

Przyłącz się do dyskusji i dodaj Swój własny komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s