Maleszka o konferencji w Ann Arbor

Wyciągam na światło dzienne, czyli pozycjonuję, bo Google nie pokazuje.

Letter from Pope John Paul II
read to the audience by Michael Kennedy

Michael Kennedy - Click to Enlarge „His Holiness hopes that this disciplined reflection on the spiritual, cultural and political aspects of Poland’s peaceful transition to democracy will highlight their ultimate foundation in a moral imperative arising from the vision of man’s innate dignity and his transcendent vocation to freedom in the pursuit of truth. He is confident that the Conference’s work will call needed attention to the superiority of patient dialogue over all forms of violence in the resolution of conflicts and the building of a just and humane social order.”

Next Panel Two: The Political Contest, 1986-89

PO 10 LATACH

O konferencji w Ann Arbor opowiadają Adam Michnik i Jacek Żakowski.

Marcin Piasecki, Lesław Maleszka: W Ann Arbor zdarzyła się rzecz niezwykła – powtórka z Okrągłego Stołu. Raz jeszcze przy wspólnym stole – tym razem konferencyjnym – zasiedli przedstawiciele ówczesnej „strony rządowej” i „opozycji solidarnościowej”. Wreszcie, po dziesięciu latach, można było otwarcie i szczerze odpowiedzieć na pytanie, na które w 1989 r. nikt by nie odpowiedział wprost, bo w trakcie gry nie pokazuje się przeciwnikowi swoich kart. Pytanie: po co było wchodzić w te negocjacje? Po co ludziom władzy rozmawiać z awanturniczą ekstremą, wyrosłą „z pnia narodowej zdrady” – jak głosił osławiony plakat z czasów stanu wojennego? Po co „Solidarności” rozmawiać z „czerwoną hołotą” – jak śpiewano w piosence powstałej w jednym z obozów dla internowanych?

Jacek Żakowski: Mówiąc najprościej – obie strony uświadomiły sobie, że są bardzo słabe. A jak nie ma armat, to jest się skazanym na rozmowy z wrogiem. Z taką tezą wystąpił na początku konferencji Adam Michnik – i później wszyscy dyskutanci wypowiadali się w podobnym duchu. Może z jednym wyjątkiem – prof. Wiesława Chrzanowskiego, ale o tym za chwilę. W tym miejscu chcę podkreślić, że w Ann Arbor obie strony zasiadające przy Okrągłym Stole potrafiły otwarcie przyznać się do własnej mizerii w 1989 r.

Na czym polegała słabość obozu władzy?

Adam Michnik: Każdy mówca przedstawiał to nieco inaczej, ale ich wypowiedzi składały się na dość spójną całość. Mieczysław Rakowski przypomniał swój list otwarty do władz PZPR z 1987 r., w którym poddał gruntownej krytyce cywilizacyjny dorobek „realnego socjalizmu”. Padło w tym liście stwierdzenie, że socjalizm wniósł do światowej kultury XX wieku tylko dwa słowa: „sputnik” i „kazaczok”. Prof. Janusz Reykowski podkreślał, że metody stanu wojennego nie zdołały przełamać kryzysu w gospodarce.

Żakowski: Opowiedział kapitalną historię. Gdy w grudniu 1988 r. został członkiem Biura Politycznego, zaprowadzono go do tajnego sklepu dla najwyższych funkcjonariuszy partyjnych, znanego pod kryptonimem „Baza”. W dwóch ciasnych pokoikach wisiało kilka przeciętnych garniturów, stało kilka par nienadzwyczajnych butów, na półkach trzymano trochę prostych artykułów spożywczych – ser, dżem, kiełbasę. Najwyższe kierownictwo żyło lepiej niż przeciętni ludzie – bo w sklepach nie było wówczas butów ani garniturów – ale nawet zaopatrzenie [sklepu dla] członków Biura Politycznego było nieporównanie gorsze od tego, co każdy amerykański czy angielski robotnik mógł bez trudu kupić w najbliższym sklepiku. Dla Reykowskiego wniosek był oczywisty: nie ma czego bronić. Konieczność zmian stała się oczywista.

Michnik: Z kolei Stanisław Ciosek twierdził, że na parę lat przed Okrągłym Stołem miał głębokie przeświadczenie, iż bez podjęcia dialogu z „Solidarnością” obóz władzy będzie niezdolny i do otwarcia na społeczeństwo, i otwarcia na Zachód. Że będzie skazany na izolację i stagnację. Ciosek wyrażał tę myśl może mniej ostrymi słowami, ale taki był jej sens.

Żakowski: Na mnie sprawiał wrażenie, jakby przez wiele lat desperacko szukał wyjścia z sytuacji bez wyjścia – i był w tych poszukiwaniach bardzo osamotniony. Gdy wreszcie doszło do rozmów przy Okrągłym Stole, Ciosek najbardziej obawiał się tego, by rozpadający się system nie zawalił się wszystkim na głowy. W pierwszym dniu konferencji w Ann Arbor Adam Michnik opowiedział anegdotę o starym kundlu Cioska – ciężko chorym Pikusiu. O Pikusiu wiedziało wielu uczestników negocjacji w 1989 r. i był on dla nich swoistą metaforą polskiej sytuacji po półwieczu PRL. Gdy więc liderzy „Solidarności” wydłużali listę żądań, Ciosek tłumaczył bp. Alojzemu Orszulikowi: „Pikusia trzeba leczyć. Dajemy mu kroplówki. To mu pomaga. Ale gdybyśmy tę kroplówkę całkiem odkręcili, tobyśmy go zabili”. A biskup na to: „Panie sekretarzu, ten pański Pikuś jest przerażony na sam widok strzykawki”.

Na następnym panelu w Ann Arbor Ciosek kontynuował anegdotę: „Pikuś umarł. Dzięki kroplówce rzeczywiście za bardzo się nie męczył. Mamy dziś zupełnie nowego pieska – wielorasowego, pluralistycznego”.

A Gorbaczow? Czy rosyjska pierestrojka nie dopingowała polskich przywódców?

Żakowski: Ciosek skłonny był minimalizować rolę Gorbaczowa. Twierdził, że szef KPZR chciał jedynie usprawnić socjalizm, w żadnym jednak razie nie zamierzał dzielić się władzą z antykomunistami. Polski eksperyment szedł bez porównania dalej.

Michnik: Miałem wrażenie, że Ciosek ocenia to z perspektywy swoich późniejszych doświadczeń na stanowisku ambasadora w Moskwie. Mógł się wówczas rozczarować do tempa przemian w Rosji.

Żakowski: Jeszcze dalej szedł Rakowski, który do elementów polskiej specyfiki, dzięki której stał się możliwy Okrągły Stół, zaliczył patriotyzm Gomułki i jego następców, a nawet rehabilitację wartości narodowych, forsowaną w latach 60. przez Mieczysława Moczara.

Michnik: Rzeczywiście, Rakowski wyraził się dość niefortunnie, ale jego intencje zasługują na uwagę. Chodziło mu o mocne podkreślenie, że PZPR nie była zwyczajną ekspozyturą Kremla, że polscy komuniści mogli w tym czasie podejmować ważne decyzje samodzielnie. Rakowski przypomniał zresztą, że w latach 80. sam był politykiem bardzo źle widzianym w Moskwie, że z tamtej strony spotykały go różne afronty i przykrości.

A na czym polegała słabość „Solidarności”?

Michnik: Najbardziej przejmujące wrażenie zrobiła na mnie wypowiedź Grażyny Staniszewskiej, kierującej podziemną „Solidarnością” w regionie Podbeskidzie. Ta konspiracja – to było zaledwie kilka osób; w Bielsku-Białej na jednego opozycjonistę przypadało kilku funkcjonariuszy bezpieki. Cała działalność podziemia sprowadzała się właściwie do tego, że co jakiś czas garstka ludzi spotykała się w salce parafialnej, gdzie wspólnie spędzali trochę czasu. Trudno było namówić kogokolwiek do zrobienia transparentu czy rozniesienia bibuły. Żadnego programu, wizji przemian…

Żakowski: Zbigniew Bujak wyliczał skrupulatnie, że chcąc w ukryciu kierować pracami związku, stale potrzebował około dziesięciu mieszkań: dwóch do spania, trzech do spotkań z działaczami, dwóch na biuro itd. Te mieszkania z oczywistych względów co jakiś czas trzeba było zmieniać. Otóż po dwóch latach od wprowadzenia stanu wojennego już nie było szans na znalezienie nowego lokalu. Nikt nie chciał ryzykować.

Michnik: Jan Lityński szacuje, że w działalność konspiracyjnej „Solidarności” angażowało się kilkadziesiąt tysięcy osób. Ja mówiłem o kilkunastu tysiącach. Obaj, rzecz jasna, braliśmy te liczby „z powietrza”, z własnej intuicji, bo przecież nie ma żadnych miarodajnych badań.

Żakowski: „Tygodnik Mazowsze” drukowano w nakładzie 60-80 tys. egzemplarzy.

Michnik: Myślałem, że trochę mniej. No dobrze, ale co z tego wynika? Powiedzmy, że te 80 tys. przekłada się na pół miliona czytelników. Ale z drugiej strony przekłada się na jakieś 10 tys. kolporterów, nie więcej. To dużo? Kropla w morzu 40-milionowego społeczeństwa. Jeśli komuniści nie byli w stanie unicestwić podziemia, to z przyczyn raczej politycznych niż „militarnych”. Gdyby chcieli, mogli rozbić ruch „Solidarności”. Tyle że polityczna cena tej operacji była dla nich nieopłacalna.

Specyfika Okrągłego Stołu polegała na tym, że był on możliwy dzięki temu, iż jedyni dwaj ludzie do tego powołani autoryzowali jego początek, przebieg i rezultaty. Bez Wojciecha Jaruzelskiego i Lecha Wałęsy porozumienie nie byłoby możliwe. Bez Wałęsy nikt z nas, ludzi „Solidarności”, nie zasiadłby do rozmów z komunistami, gdyż byłby oskarżony o zdradę. Bez Jaruzelskiego, który w tym czasie dysponował pełnią władzy, deklaracje komunistów byłyby niewiarygodne. A dlaczego Kościół włączył się w proces porozumienia?

Michnik: Motywacje nie były wcale jednorodne. Z tego, co mówił bp Bronisław Dembowski w Ann Arbor, wynikało, że w 1989 r. w całej rozciągłości aprobował Okrągły Stół.

Żakowski: Wprost odwoływał się do ewangelicznego nakazu: Miłujcie nieprzyjacioły nasze, by względami moralnymi uzasadniać wyższość negocjacji nad konfrontacją. Przyznam się, że w pewnym momencie pozwoliłem sobie nawet zadać biskupowi Dembowskiemu złośliwe pytanie o pewien wers z Pisma Świętego przeciwko ludziom siejącym zgorszenie. Biskup z całym spokojem odpowiedział, że w owym wersie chodzi o to, by chrześcijanie nie brali udziału w obrzędach pogańskich. „A myśmy się do żadnych ich obrzędów nie przyłączyli” – dodał.

Michnik: Natomiast bp Alojzy Orszulik też właściwie aprobował negocjacje, zaraz jednak dodawał, że Episkopat nie do końca zdawał sobie wówczas sprawę, iż komunistyczny niedźwiedź ma już spróchniałe zęby i reumatyzm w łapach. Jego zdaniem przy Okrągłym Stole strona „solidarnościowa” mogła więcej żądać i więcej dostać. Szkoda, że biskup nie precyzował, co mogło być owym „więcej”.

Opowiedział natomiast mnóstwo znakomitych anegdot z tamtego czasu. Przypomnę może jedną. Jesienią 1988 r. Orszulik zadał Rakowskiemu pytanie: „Kiedy w Polsce będą wolne wybory?”. „Za cztery lata” – odparł Rakowski. „A czy pan sekretarz bierze pod uwagę, że PZPR może te wybory przegrać i przejść do opozycji?”. Rakowski odwrócił się i poszedł w swoją stronę. Natomiast Józef Czyrek i Reykowski wściekle naskoczyli na Orszulika za te dywagacje.

Żakowski: Puentę tej anegdoty usłyszałem w autobusie, gdy już wracaliśmy z konferencji. Rakowski miał właśnie zostać premierem, o czym wiedzieli Ciosek i Czyrek, ale nie Orszulik. Rakowski potraktował więc uwagę biskupa jako zamach na swoje nowe stanowisko.

Konferencja w Ann Arbor była okazją, by przedstawić zasługi Stanów Zjednoczonych w procesie porozumienia w Polsce.

Żakowski: Mówił o tym John Davis, ówczesny ambasador USA w Warszawie. Zaczął od tego, że u źródeł polskiego cudu legła wiara w cuda, którą przyniosły wybór Jana Pawła II i pierwsza papieska pielgrzymka do Polski. To wtedy Polacy uwierzyli, że skoro ich rodak został Papieżem, to w tym kraju wszystko się może wydarzyć – nawet niepodległość. Dalej jednak Davis przypomniał, że realizację polskich marzeń o wolności mocno wspierał amerykański budżet. Za Gierka i Jaruzelskiego z amerykańskich stypendiów skorzystało blisko 9 tys. Polaków, wśród których była duża część partyjnej i opozycyjnej inteligencji zasiadającej przy Okrągłym Stole. Osoby, które wracały z Ameryki, nie były już takie same – dotyczy to zwłaszcza działaczy PZPR. Dystans cywilizacyjny dawał do myślenia.

Michnik: Gdy powstał rząd Mazowieckiego, Davis wysłał do Waszyngtonu depeszę zaczynającą się od słów: „My mission has been complited…” – misję swą wykonałem, czekam na nowe instrukcje. W tym momencie nie miał już wątpliwości, że Polska – choć wciąż otoczona przez państwa komunistyczne – wkracza na drogę, która pozwoli jej wkrótce dołączyć do wolnego świata. Później w rozmowie ze mną Davis powiedział, że to była najważniejsza depesza w jego życiu.

Podsumujmy: obie strony siadają do rozmów i robią dobrą minę do złej gry – bo przecież każda ze stron zdaje sobie sprawę, jak w gruncie rzeczy jest słaba. I wie, że przeciwnik może tę słabość wykorzystać.

Żakowski: Oczywiście. Teraz w Ann Arbor można już było otwarcie o tym mówić. Grażyna Staniszewska opowiadała, jak bardzo się bała, że czerwoni zechcą „przekręcić >>Solidarność<<„. Zbyszek Bujak też miał mnóstwo obaw…

Michnik: Ja też. Opowiadałem, jakim problemem było dla mnie pierwsze podanie ręki gen. Kiszczakowi.

A oni?

Michnik: Tak samo zastanawiali się, co będzie, jak się nie uda – i tak samo się bali. Aleksander Kwaśniewski mówił w Ann Arbor: „Może nie skończyłoby się krwawo, system tak czy inaczej by upadł, ale z pewnością Polska straciłaby dużo czasu, może dwa lata, a może dziesięć. Jeszcze trudniej byłoby nam dogonić oddalający się Zachód”. Bardziej pesymistyczna była diagnoza Reykowskiego: w wypadku niepowodzenia Okrągłego Stołu po obu stronach doszliby do głosu radykałowie.

Żakowski: Wypadliby z gry i Jaruzelski, i Wałęsa – w tamtym czasie najważniejsi zwolennicy porozumienia.

Michnik: A wtedy krwawy scenariusz stawał się całkiem prawdopodobny.

Nie było zatem sporu wokół kwestii, że Okrągły Stół był sukcesem?

Michnik: Zawsze można się zastanawiać, czy nie dałoby się utargować więcej. W tym tonie snuł rozważania bp Orszulik. Wątpliwości miał też Lech Kaczyński. Co prawda, wyśmiał wszystkie teorie „spisku w Magdalence”, mówił wszakże, że przy Okrągłym Stole zwyciężyła pewna logika, która później owocowała grubą kreską i „źle uformowanym kapitalizmem”. Aleksander Hall protestował przeciw stwierdzeniu, że Okrągły Stół był „wspólnym sukcesem”. Jego zdaniem jedna ze stron chciała ratować dyktaturę, druga – obalić ją. Można zatem mówić o zwycięzcach i pokonanych w tych obradach.

To rozumowanie jest logicznie poprawne, tylko co z niego wynika?

Michnik: Rzecz w istocie dość ważna – sposób świętowania. Z punktu widzenia zbiorowej pamięci nie jest bez znaczenia, czy ktoś wygrał, ktoś inny przegrał. I pod jaką datą obchodzi się „dzień zwycięstwa”. Dla Lecha Kaczyńskiego rocznica podpisania porozumień nie ma większego znaczenia. Datą przełomową był dopiero 4 czerwca – dzień wyborów.

Żakowski: Wszyscy jednak uczestnicy konferencji w Ann Arbor zgadzali się, że dla Okrągłego Stołu nie było alternatywy. Wszyscy poza prof. Wiesławem Chrzanowskim. Jego zdaniem porozumienie z upadającą władzą było zbędne, bo naród mógł sam wybić się na niepodległość. Gdyby doszło do starcia władzy ze społeczeństwem, polskie wojsko przeszłoby na stronę narodu. Chrzanowski rozwijał myśl, że podobnie jak pod zaborami, również w PRL powszechny był opór społeczny wobec narzuconego systemu. W irredencie lub obronie czynnej brała udział większość narodu. Z doświadczeń innych krajów wynika zaś, że chylący się ku upadkowi system po prostu musi ustąpić. Chrzanowski wolałby więc, by przejęcie władzy odbyło się tak jak w 1918 r. podczas powstania wielkopolskiego – drogą przejmowania pod komendę jednych i rozbrajania innych oddziałów, a w razie potrzeby konfrontacji siłowej. Zdaniem profesora Okrągły Stół nie był koniecznością. Istniała realna alternatywa wobec kompromisu, który dał frukty jego uczestnikom, upośledzając wszystkich nieobecnych.

Michnik: Gwoli prawdy dodajmy, że Chrzanowski złagodził później tę wypowiedź. Znakomicie replikował mu Zbyszek Bujak. Mówił, że nie przypomina sobie, by po stanie wojennym – w latach, gdy stał na czele podziemia – „Solidarność” otrzymała jakąkolwiek propozycję współpracy ze strony wojskowych. Okrągły Stół był w największej mierze zasługą uznającej przywództwo Wałęsy podziemnej „Solidarności”, która nie dała się zniszczyć ani podzielić.

Chrzanowski mógłby się bronić, twierdząc, że każda transakcja odbywa się na zasadzie: coś za coś. Strona partyjno-rządowa zdobyła przy Okrągłym Stole mocne gwarancje polityczne…

Michnik:…które nie przetrwały nawet roku. Logikę Chrzanowskiego doprawdy trudno zrozumieć. Wspomniałem, że dla Kaczyńskiego przełomem było nie podpisanie porozumień, lecz wybory. Również dla Chrzanowskiego wybory 4 czerwca były wielkim zwycięstwem narodu. Sam jednak nie wziął w nich udziału – bowiem były to wybory nie w pełni demokratyczne.

Żakowski: Zdaniem Bujaka świat, który wyrósł z Okrągłego Stołu, nie jest idealny, ale świat idealny nie istnieje i nie warto się frustrować tym, że nie umiemy poprawić Pana Boga. Lepiej z pokorą nieść krzyż świata nieidealnego i cieszyć się tym, co zdołaliśmy osiągnąć. Okrągły Stół, który przyniósł Polsce wolność i demokrację, był zdaniem Bujaka najlepszym realnym zwieńczeniem wyrzeczeń i ofiar, którymi Polacy płacili za opór wobec komunizmu. Jedyne, z czym tak naprawdę nie można się pogodzić, to to, że przez dziesięć lat miliony Polaków czerpiących profity z nowej sytuacji nie zdobyły się na dwustuprocentowe zadośćuczynienie ofiarom.

A przedstawiciele strony rządowej nie żyją nostalgią, że w 1989 r. za szybko i za łatwo oddali władzę?

Michnik: Może tylko Rakowski. I też nie dlatego, by chciał kontestować Okrągły Stół. On po prostu uważa, że „Solidarność” bardzo niesprawiedliwie oceniła jego rząd, który był najbardziej reformatorską ekipą. Rakowski twierdzi nawet, że to jego gabinet zapoczątkował plan Balcerowicza.

Żakowski: Ciosek podkreślał, że Okrągły Stół był katalizatorem przemian w całej Europie Wschodniej i że bez polskiego eksperymentu „realny socjalizm” mógł jeszcze istnieć przez długie lata. Dopiero gdy w Pradze, Budapeszcie, Sofii, Moskwie znikł strach przed gilotyną – czyli zemstą na przedstawicielach obalonej władzy – powstała szansa na zmianę ustroju. A gilotyny nie zbudowano m.in. dlatego, że „załoga peerelowskiej Bastylii” – czyli partyjni negocjatorzy – sama otworzyła bramy więzienia. Z czego wniosek, że Bastylii nie opłaca się bronić…

Żakowski: Różnie to bywa. W ostatnim dniu konferencji w Ann Arbor odbył się panel międzynarodowy. W jego trakcie zderzyły się dwa stanowiska. Z jednej strony wystąpił Laszlo Bruszt, współzałożyciel węgierskich niezależnych związków zawodowych. Jego zdaniem Okrągły Stół był jednym z najważniejszych wydarzeń politycznych XX wieku, które otworzyło drogę do demokratyzacji całej Europy Wschodniej. Węgierska opozycja bacznie obserwowała postęp negocjacji w Polsce i gdy tylko dostrzegła, że Polakom udało się coś załatwić, posuwała się krok do przodu.

Z drugiej strony pojawiło się pytanie o szanse dialogu w krajach, w których dyktatura komunistyczna nie ma zamiaru otwierać bram Bastylii. Dai Quing – chińska dziennikarka i dysydent, po wypuszczeniu z więzienia mieszkająca w USA – mówiła, że wątpliwe jest, by model Okrągłego Stołu sprawdził się w jej ojczyźnie po masakrze na placu Tiananmen. Maria de los Angeles Torres, mieszkająca w Ameryce córka kubańskich emigrantów, ubolewała, że trudno będzie powtórzyć polski model demokratyzacji na Kubie.

Michnik: Gdy dziś w Polsce słucham polityków i publicystów, którzy opowiadają brednie o „zdradzie okrągłostołowej”, chciałbym powtórzyć zdanie Konstantego Geberta, który zakończył panel międzynarodowy słowami: „Szkoda, że nie ma wśród nas prawdziwych wrogów Okrągłego Stołu, bo mogliby się przekonać, jak bardzo Chińczycy i Kubańczycy marzą, by ich w ten sposób zdradzono”.

I na koniec chciałbym wyrazić wdzięczność dla organizatorów konferencji w Ann Arbor. Uniwersytet stanu Michigan jest jedną z najważniejszych placówek akademickich w Stanach Zjednoczonych. Jest więc rzeczą najwyższej wagi, że tamtejsi profesorowie – Marysia Ostafin, Michael Kennedy, Brian Porter – uznali, iż czas najwyższy złamać stereotyp, jakoby upadek komunizmu rozpoczął się od zburzenia muru berlińskiego. Ich kompetencji, ofiarności i odwadze intelektualnej ta konferencja zawdzięcza swój sukces.

CIERPLIWY DIALOG

Konferencja „Wynegocjowany upadek komunizmu; polski Okrągły Stół ’89 w dziesięć lat później” odbyła się 7-10 kwietnia na Uniwersytecie stanu Michigan w Ann Arbor. Wzięli w niej udział m.in.: Zbigniew Bujak, prof. Wiesław Chrzanowski, Stanisław Ciosek, bp Bronisław Dembowski, Aleksander Hall, Gabriel Janowski, Lech Kaczyński, Aleksander Kwaśniewski, Jan Lityński, Adam Michnik, bp Alojzy Orszulik, prof. Andrzej Paczkowski, Mieczysław Rakowski, prof. Janusz Reykowski.

Z posłania kard. Sodano – przekazanego w imieniu Ojca Świętego – do uczestników konferencji: „Jego Świątobliwość ma nadzieję, że zdyscyplinowana refleksja nad duchowymi, kulturalnymi i politycznymi aspektami polskiej pokojowej transformacji do demokracji da najwyższą ocenę ich ostatecznego wkładu w realizację moralnego imperatywu wynikającego z wizji naturalnej godności człowieka i jego transcendentnego powołania do wolności w dążeniu ku prawdzie. Jego Świątobliwość liczy, że praca tej konferencji zwróci konieczną uwagę na wyższość cierpliwego dialogu nad wszelkimi formami przemocy w rozwiązywaniu i budowaniu sprawiedliwego oraz ludzkiego porządku społecznego”.

Z KULUARÓW

Adam Michnik: Któregoś dnia prof. Andrzej Paczkowski w obecności kilkunastu osób spytał mnie: Czy wiesz, że gen. Kiszczak opowiada, że ukradłeś z archiwów MSW dokumenty na swój temat? Odparłem, że trudno mi w to uwierzyć. Wtedy Paczkowski powołał się na historyka Petera Rainę, który siedział obok – ten zaś potwierdził słowa Paczkowskiego.

Gen. Czesław Kiszczak: Pomysł, iżby Adam Michnik wyniósł z archiwów MSW swoją teczkę, to całkowity wymysł. Bzdura. Wiosną 1990 r. specjalna komisja, której członkiem był Michnik, badała zasoby archiwum. Członkowie komisji nie mogli niczego przepisywać, kopiować, ani wynosić. Cały czas byli pilnowani przez funkcjonariuszy Biura C, któremu podlegały archiwa. Zresztą nawet fizycznie Michnik nie byłby w stanie wynieść swoich akt. Jego teczki rozpracowania – czyli to, co SB nazbierała na niego przez wszystkie te lata – to grube, opasłe tomiszcza, których sam nie potrafiłby ani unieść, ani tym bardziej zabrać.

Peter Raina nigdy nie pytał mnie o teczki Michnika; nie przypominam sobie nawet, byśmy kiedykolwiek rozmawiali o działalności komisji do badania archiwów MSW.

Źródło:
Powtórka z Okrągłego Stołu, Z Adamem Michnikiem i Jackiem Żakowskim rozmawiali Marcin Piasecki i Lesław Maleszka, Gazeta Wyborcza nr 102 z dnia 4 maja 1999, s. 20.


THE POLISH ROUND TABLE TALKS « Polander

Przyłącz się do dyskusji i dodaj Swój własny komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s