Upiór w telewizji

Tekścik został usunięty z Internetu i autor otrzymał odznaczenie państwowe. Nie za tekst tylko za usunięcie.

Tygodnik SOLIDARNOŚĆ

Upiór w telewizji

Najwyższy czas, żeby na którejś uczelni, najlepiej na Uniwersytecie Warszawskim, utworzyć katedrę upiórologii. A natychmiast, nie zwlekając ani chwili, zwołać konferencję naukową. W rodzaju tej poświęconej Marcowi ’68. Sprawa jest bowiem pilna. To, co wydarzyło się w związku z wydaniem w Polsce książki Włodzimierza Bukowskiego i jego przyjazdem do nas nie pozostawia co do tego najmniejszej wątpliwości. Mam oczywiście na myśli wzmożoną aktywność upiora komunizmu, spadkobiercy — jeśli tak można powiedzieć — „widma komunizmu”, którego krążenie nad Europą zaanonsował równiutkie 150 lat temu w swoim Manifeście niejaki K. Marks.

Wiem, świadczy to o mnie nie najlepiej, ale nie będę ukrywał, że kiedy gen. Jaruzelski kolejny raz zamiast na sali sądowej zjawiwszy się w studiu telewizyjnym usiłował Włodzimierza Bukowskiego ośmieszyć, a jego dzieło pozbawić wiarygodności, tylko dlatego nie rzuciłem czymś ciężkim w telewizor, że sobie w porę uświadomiłem, iż gadająca głowa należy wprawdzie do zakłamanego łajdaka, ale odbiornik do mnie. A kiedy piątego dnia pobytu w Polsce wybitnego Rosjanina Generał znowu zaczął mi wymachiwać przed nosem kartkami papieru mającymi świadczyć o moralnej degrengoladzie tych, co go oskarżają, a zaraz po Generale pani Profesor, znawczyni najnowszej historii Polski oznajmiła, że dokumenty, na które się Bukowski powołuje są od kilku lat w Polsce znane i dała do zrozumienia, że niewiele z nich, jeśli idzie o sprawę wprowadzenia stanu wojennego, wynika, z zapamiętaniem oddałem się lekturze „Moskiewskiego procesu”, by sprawdzić, czy rzeczywiście czterdzieści złotych wyrzuciłem w błoto.

Proszę przyjąć do wiadomości, że wydanych na książkę Bukowskiego pieniędzy nie uważam za zmarnowane. Nie tylko dlatego, że są w niej różne śmieszne rzeczy, jak chociażby relacja Andropowa ze spotkania z Jaruzelskim i Kanią w Brześciu. Oto fragment: „Towarzysze polscy mówili o tym, żeby wprowadzić do Biura Politycznego trzech robotników. Powoływali się na Lenina, który proponował wprowadzenie robotników do Biura. Powiedzieliśmy, że u nas nic takiego nie miało miejsca. Ale jeżeli teraz u was rzeczywiście zachodzi taka potrzeba, można uzupełnić skład Biura, lecz niekoniecznie o trzech, wystarczy jeden robotnik”. Boki zrywać!

Gdy wyłoniła się kwestia wprowadzenia stanu wojennego, Jaruzelski i Kania zaczęli się wić jak piskorze, ale wysłannicy Moskwy sprawę ucięli: „Projekt dokumentu o wprowadzeniu stanu wojennego został z pomocą naszych towarzyszy (nie ma to jak braterska pomoc!) opracowany, trzeba go tylko podpisać”. I podpisali! Może się wydać niezrozumiałe, dlaczego radzieccy towarzysze nie zwalili Jaruzelskiego z zajmowanego stanowiska? Po prostu, nie mając nikogo lepszego, musieli się nim zadowolić. — W chwili obecnej rzeczywiście nie ma innych (prócz Jaruzelskiego i Kani — przyp. S.M.) działaczy, którzy mogliby objąć kierownictwo partyjno-państwowe — do takiego wniosku doszła, zbadawszy dogłębnie sprawę, Komisja Biura Politycznego KC KPZR.

Tak się złożyło, że w tym samym czasie co książka Bukowskiego ukazał się 19. numer dwumiesięcznika „Arcana” z artykułem Lecha Kowalskiego pt. „Wojciech Jaruzelski w walce z polskimi «bandami» (1946-1947)”. Nagabywany (z rzadka) o ten wstydliwy, jak niektórzy skłonni byliby sądzić, dla prezydenta niepodległej już Rzeczypospolitej epizod w życiorysie, Jaruzelski zwykł wyjaśniać, że owszem, walczył z bandami, ale tylko ukraińskich nacjonalistów. Z dokumentów, na jakie powołuje się autor przywoływanego wyżej artykułu wynika, że w lipcu 1947 roku Wojciech Jaruzelski jako oficer zwiadu 5 Kołobrzeskiego Pułku Piechoty podjął walkę z polskimi „bandami terrorystycznymi”.

Jakimi zadaniami obarczono kpt. Jaruzelskiego wynika z meldunków, które składał swoim przełożonym. Formalnie byli nimi szefowie rodzimego wywiadu i kontrwywiadu, ale z owoców jego zwiadowczego trudu korzystały również terenowe agendy Ministerstwa Bezpieczeństwa oraz sowieckie służby specjalne. Rzecz jasna zadania, jakie stanęły wówczas przed zwiadowcami musiały się różnić od tych, które otrzymywali wcześniej w warunkach frontowych. Trzeba ich więc było doszkolić, zwracając szczególną uwagę i „kładąc specjalny nacisk” — jak to ujął w jednym z meldunków kpt. Jaruzelski — na konieczność zaznajomienia zwiadowców z metodami walk stosowanych przez bandy, a także „nauczenie sposobów rozpoznawania i niszczenia grup bandyckich” (podkr. S.M.; tamże, s. 103). Nauka nie poszła na marne. Meldunki składane przez kpt. Jaruzelskiego dowodzą, że odnosił na tym polu sukcesy: „Sytuacja w terenie pod względem bezpieczeństwa oraz sił i działalności band w miesiącu styczniu uległa na ogół, w stosunku do ubiegłego roku pewnej poprawie. Miało to szczególne znaczenie ze względu na okres przedwyborczy i same wybory, nie będąc zakłóconymi przez napady i ekscesy bandyckie (…). Ustalono, że bandy, pomimo iż miały przeszkadzać w wyborach (co nie było prawdą, bo liczono na sukces PSL — S.M.) w niewielu tylko wypadkach odważyły się na podobne akcje, unikając na ogół otwartego spotkania z grupami wojskowymi (…). Wszystkich schwytanych bandytów i zwolenników reakcyjnego podziemia przekazano wraz z bronią do Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa (podkr. S.M.; tam wiedziano, co z takimi zrobić). Obecnie można stwierdzić, że po dokonanym akcie wyborów organizacjom i bandom została odebrana ostatnia możliwość wywołania poważniejszego chaosu i zamieszania w kraju. W najbliższym okresie sytuacja będzie się stale pogarszać (oczywiście z punktu widzenia «band» — przyp. S.M.) i stanie się zupełnie beznadziejna, powodując kompletny upadek reakcyjnego podziemia” (op. cit., s. 107, 108).

Tak to już w życiu bywa, że co jednych cieszy, innym może stanąć ością w gardle; co jednych pozbawia nadziei, dla innych stanowi życiową szansę. Do tych drugich należał kpt. Jaruzelski. Przeświadczony, że komuniści decydującą bitwę o władzę mają już za sobą, dotychczas zachowujący ostrożność ambitny młodzieniec w 1947 roku wstąpił do PPR. Po odbyciu 9-miesięcznego kursu dla „szefów sztabów wielkich jednostek”, z otwierającym drogę do kariery udziałem w walkach z „reakcyjnym podziemiem”, Wojciech Jaruzelski zaczął się szybko piąć wzwyż: w 1960 r. był już Szefem Głównego Zarządu Politycznego WP, w 1968 Szefem Sztabu Generalnego i ministrem obrony narodowej. Również z awansowaniem w strukturach partyjnych, jak na wychowanka ojców Marianów, nieźle sobie dawał radę: w 1964 r. był już członkiem KC PZPR, a w pięć lat później członkiem Biura Politycznego.

Właściwie nic w tym dziwnego, że to Jaruzelski, mimo okresowego załamania, został przez Moskwę uznany za najodpowiedniejszego kandydata na zdalnie sterowanego dyktatora. Gratulując „drogiemu Wojciechowi” wyboru na pierwszego sekretarza KC PZPR, Leonid Breżniew powiedział: „Słusznie postąpiłeś, wyrażając zgodę na takie rozstrzygnięcie. Nie ma obecnie w PZPR działacza, który cieszyłby się takim autorytetem jak ty”. Jaruzelski musiał sobie zdawać sprawę, że jest to tak zwane branie pod włos, ale jak przystało na lizusa zaczął Breżniewowi kadzić: „Serdecznie dziękuję, drogi Iljiczu, za życzenia, a przede wszystkim za okazane mi zaufanie. Chcę wam powiedzieć otwarcie, że zgodziłem się na objęcie tego stanowiska z wielkimi oporami i tylko dlatego, że wiedziałem o waszym poparciu i że to wasza decyzja (podkr. — S.M.). Zrobię wszystko jako komunista i jako żołnierz, Leonidzie Iljiczu, żeby sytuacja się poprawiła”. (W. Bukowski, „Moskiewski proces”, s. 564).

Wiemy, jak wyglądało to „wszystko” przyrzeczone Breżniewowi i co uczynił Wojciech Jaruzelski — jako komunista i żołnierz — próbując ratować rozkładający się niczym padlina system. Obecnie, mając zaliczone kolejne wysokie stanowisko, tym razem pierwszego prezydenta odzyskującej niepodległość Rzeczypospolitej, zaproszony przez telewizyjne sieroty po Peerelu na „Rozmowę dnia” do WOT-u, tłumaczy, że robił z Breżniewem „misia”, bo taki obowiązywał wówczas styl, a komplementy mu prawił, gdyż wierzył, że w ten sposób może pomóc Polsce.

A ja, słuchając tego, zastanawiałem się, jak długo jeszcze będziemy przez tego rodzaju kreatury poniżani, i zrobiło mi się cholernie smutno, że historia postawiła na naszej drodze tak nędznych przeciwników.

Myślałem o nich ze ściśniętym sercem, słuchając wynurzeń Generała.

STANISŁAW MURZAŃSKI

Nie wszyscy, niestety, mieli tyle szczęścia co ja, by ze spotkania z takimi polskimi żołnierzami jak kpt. Jaruzelski wyjść z przestrzelonymi jedynie połami płaszcza

1 komentarz do “Upiór w telewizji

Przyłącz się do dyskusji i dodaj Swój własny komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s